Up
 
 

Jestem otwarty na zmiany cen.

Z dr. Leszkiem Juchniewiczem, prezesem Urzędu Regulacji Energetyki, rozmawia Jerzy Bojanowicz. "Przegląd energetyczny", kwiecień 2005.

- Od pewnego czasu Urząd Regulacji Energetyki ma wiele nowych obowiązków.

- Rzeczywiście, ostatnia nowelizacja Prawa energetycznego, chyba już dwudziesta, przyniosła wiele nowych zadań dla Prezesa URE o różnym ciężarze gatunkowym. Nowe obowiązki, mówiąc ogólnie, po pierwsze - umiędzynaradawiają jego działalność, a po drugie - nakładają na niego funkcje związane z liberalizacją rynku i bezpieczeństwem dostaw energii.

Umiędzynarodowienie, to nasilenie kontaktów z Komisją Europejską oraz innymi organami i instytucjami unijnymi, np. szczegółowe raportowanie do Komisji kwestii szczególnie ją interesujących, takich jak zamierzenia inwestycyjne, przetargi na moce, odmowa udzielenia koncesji itd. Natomiast zadania związane z liberalizacją rynku dotyczą jego monitorowania, publikowania cen rynkowych, przedstawiania sytuacji na rynku itp.

Jest jeszcze wiele drobniejszych obowiązków, które trudno krótko opisać, jak np. związanych z komisjami kwalifikacyjnymi, taryfowaniem (określanie zwrotu z kapitału będącego składnikiem kosztów uzasadnionych). Nie można też zapominać, że obowiązki Prezesa URE uległy zwiększeniu w związku z wejściem w życie znowelizowanej ustawy o monitorowaniu rynku paliw oraz stosowaniu biokomponentów i biopaliw. Prezes URE ma kontrolować realizację wynikających z tej ustawy obowiązków producentów, importerów, wytwórców oraz sprzedających biokomponenty i paliwa z ich dodatkami.

- Czy przełoży się to na wzrost zatrudnienia w URE?

- Tak - w ramach przyznanego budżetu. Dysponujemy pewnymi rezerwami etatów. Wkrótce będziemy ogłaszać nabór pracowników do realizacji pewnych zadań, ale najpierw musimy je rozpisać na poszczególne jednostki organizacyjne.

Ponieważ nowe zadania nie zmieniają struktury organizacyjnej, więc nie ma konieczności występowanie do Ministra Gospodarki o zmianę statutu. Zmiany, jakie nastąpią w strukturze organizacyjnej, są związane z powstawaniem wydziałów lub zespołów. Kończymy prace nad alokowaniem nowych funkcji i wówczas będziemy wiedzieć, jakie zadania realizuje określona jednostka. Ogłosimy nabór w trybie przewidzianego w ustawie o służbie cywilnej konkursu ofert.

- Jakie kwalifikacje będą preferowane?

- Struktura zatrudnienia w URE jest kompilacją trzech zasadniczych zawodów: inżynierskich związanych z energetyką, prawników i ekonomistów. I takich ludzi będziemy teraz szukać.

- Coraz bliższy jest termin likwidacji KDT-ów. Już w ubiegłym roku Grupa BOT zaczęła sprzedawać całą energię elektryczną wytwarzaną w Elektrowni Bełchatów, której produkcja jest droższa od ceny ustalonej w kontrakcie. Jak URE będzie podchodzić do propozycji podwyższania cen energii, którą na niedawnej konferencji prasowej zapowiedział prezes BOT?

- Propozycja Grupy BOT, by po rozwiązaniu kontraktu dla Bełchatowa cena energii rosła „łagodnie”, jest nie tylko wyrazem troski o odbiorców energii. BOT musi zgromadzić środki na program dobrowolnych odejść i budowę Bełchatowa II. Dlatego prezes Zbigniew Bicki za obietnicę powolnego dochodzenia do ceny rynkowej, choć dziś nie wiemy jak się ona ukształtuje, zamierza z góry uzyskać środki na te przedsięwzięcia. Takie podejście jest godne aprobaty, niemniej jestem zwolennikiem przedstawiania kontekstu pewnych zamierzeń, bo inaczej mogą być źle postrzegane.

Co do samej ceny, to wygaśnięcie kontraktu „bełchatowskiego” w końcu grudnia 2005 r. mogłoby oznaczać, że cena w Bełchatowie wzrośnie do warunków rynkowych. Ale co to są warunku rynkowe, co je wyznacza? Dziś przeciętna cena przekracza 130 zł/GWh i Elektrownia Bełchatów będzie dążyć do jej uzyskania za swoją energię. Ale można sobie wyobrazić sytuację, że inni wytwórcy zareagują i - w obawie, by ich nie zdominował Bełchatów - obniżą swoje ceny! Oznacza to, że wcale nie musi nastąpić jednostronny wzrost cen z Bełchatowa, gdyż jednocześnie w całym systemie krajowym może spaść cena średnioważona.

Jestem otwarty na ruch cen, co jest istotą gospodarki rynkowej. Producenci wyznaczają ceny swoich produktów w wyniku niezależnych decyzji kupujących.

Podpisując w 1993 r. Traktat akcesyjny, zawarliśmy w nim m.in. zobowiązanie do wprowadzenia w energetyce stosunków rynkowych, a więc musimy się liczyć z falowaniem cen, z grą popytu i podaży. Cena nie będzie wynikiem decyzji Regulatora. A ponieważ rynek polski będzie się liberalizował, mam nadzieję, że szybciej niż dotychczas, to można spodziewać się sytuacji, w której odbiorcy nie będą skłonni zapłacić każdej ceny. Dziś płacą ją za sprawą przenoszenia cen zawartych w kontraktach długoterminowych na spółki dystrybucyjne. Ale łatwo sobie wyobrazić, że odbiorcy uprawnieni, korzystając z prawa dostępu trzeciej strony (TPA) - nie usatysfakcjonowani ofertami spółek dystrybucyjnych - będą szukać tańszego źródła energii. I taki jest sens przekształceń w energetyce.

- Czy kiedy nastąpi pełna liberalizacja, to Prezes URE będzie ustalał jedynie maksymalne ceny energii?

- Prezes URE dla wytwórców cen nie ustala, natomiast dystrybutorom - nie wnikając w ich koszty zakupu energii - określam ceny w obrocie, gdy spółki realizują kompleksową usługę dostawy energii w sensie handlowym i technicznym (przesył). Tak długo, jak spółki dystrybucyjne będą łączyć te dwie funkcje, tak długo będzie regulowany obrót. Natomiast wydzielenie operatorów sieci dystrybucyjnej sprawi, że spółki zajmujące się tylko obrotem energią będą - zgodnie z logiką przekształceń sektora energetycznego - zwolnione z taryfowania.

Taryfę zawsze należy postrzegać jako mechanizm charakterystyczny dla etapów przejściowych: od scentralizowanej reglamentacji i stanowienia cen przez Ministra Finansów i Prezesa URE, do cen zupełnie uwolnionych.

- Czyli za dwa lata taryf już nie będzie?

- Na pewno będą nimi obciążeni dostawcy z urzędu - spółki, które wystartują w przetargu na dostawcę „ostatniej szansy” obsługującego tych, którzy nie chcą, nie mogą czy nie potrafią funkcjonować na otwartym rynku konkurencyjnym.

Sądzę, że gros polskich odbiorców, przynajmniej obecnych, nie skorzysta z liberalnego rynku. Uświadomienie sobie korzyści wynikających ze zmiany dostawcy wymaga czasu. Dopóki ludzie nie będą widzieli w tym interesu, tak długo będą przywiązani do „swoich” zakładów energetycznych.

- Ale takie zmiany „dostawców” obserwujemy na rynku telefonii: stacjonarnej i - zwłaszcza - komórkowej, a tzw. przenośność numeru migrację od operatora do operatora jeszcze zwiększy!

- Rynek telekomunikacyjny pokazuje, że oferty są zróżnicowane i każdy może szukać najbardziej mu odpowiadającej. Jednak operatorzy wiele robią, by przywiązać klienta do siebie. Podobnie może być w energetyce.

- Wracając do likwidacji KDT-ów…

- … Prędko to nie nastąpi, bo kontestowana przez polityków ustawa jest arcytrudna. Konsekwencją jest zagrożenie ze strony Komisji Europejskiej, która w styczniu 2004 r. jasno stwierdziła, że KDT-y są formą niedozwolonej pomocy publicznej. Jeśli ustawa nie zostanie uchwalona, to Komisja rozpocznie postępowanie i na pewno zapadnie jakiś wyrok. Komisja obciąży państwo, a państwo podatników - odbiorców energii. Za fobie polityków, indolencję gremiów decyzyjnych i zwlekanie przez wiele lat z rozwiązaniem tej kwestii zapłacą obywatele.

Gdy KDT-y zostaną zlikwidowane, to muszę wyliczyć kwotę kosztów osieroconych, których wielkość będzie rekompensowana, a potem pilnować funkcjonowania rynku i systemów rozliczania. Projekt ustawy jest sensowny, bo wielkość wypłaconych środków wytwórcom energii (stronom kontraktów długoterminowych) uzależniona jest od sytuacji na rynku, od ceny energii. Wynika to z rygorystycznej definicji kosztów osieroconych - jest nimi tylko ta część nakładów inwestycyjnych, których nie można odzyskać na rynku konkurencyjnym. Innymi słowy, strumień przychodów przedsiębiorstw wytwórczych będzie podwójny: za sprzedaż energii na rynku oraz rekompensata równoważna kosztom osieroconym. Im niej dostaną z rynku, tym większa powinna być rekompensata. Ponieważ trudno antycypować rynek i z góry określić jak ukształtują się ceny, dlatego proponowany mechanizm jest „odwrócony”. Najpierw wypłaci się kwotę bazową, potem popatrzy na warunki rynkowe i albo się dopłaci albo… zabierze. Stąd szacunkowe koszty likwidacji KDT-ów to 10,5-23 mld zł.

- W "Polityce energetycznej państwa do 2025 r." stwierdzono, że wszelkie inwestycje modernizacyjno-odtworzeniowe czy budowa nowych mocy mają odbywać się na zasadach komercyjnych. Teoretycznie możliwa jest sytuacja, że właściciela nie będzie stać na inwestycje, co - w skrajnym przypadku - może skutkować okresowym brakiem prądu. Czy Pana zdaniem, uwzględniając wymagania Unii Europejskiej i naszego UOKiK, możliwe byłoby wówczas wsparcie państwa (w jakiej formie, wysokości itp.).

- Państwo musi troszczyć się o obywateli. Gdybym, jako odbiorca nie mógł kupić energii elektrycznej kiedy jest mi ona potrzebna, po takiej cenie, jaką jestem skłonny zapłacić i o określonej jakości, to zostałyby naruszone elementarne zasady bezpieczeństwa kraju.

Bezpieczeństwo dostaw jest elementem składowym bezpieczeństwa energetycznego. Za bezpieczeństwo dostaw z reguły odpowiadają sami dostawcy, natomiast za bezpieczeństwo energetyczne odpowiada państwo i jego organy. Właściwym organem rządowym w zakresie polityki energetycznej jest Ministerstwo Gospodarki i Pracy, które odpowiada za bezpieczeństwo energetyczne określane jako stan gospodarki zapewniający dostawy z poszanowaniem zasad ochrony środowiska i rachunku kosztów uzasadnionych. Za stan gospodarki odpowiada i państwo, i przedsiębiorcy, i samorząd.

Państwo jest od rozwiązywania poważnych problemów. Jeśli warunki komercyjne, które mają zapewnić modernizację czy restytucję mocy w polskiej energetyce, okażą się niewystarczające, to państwo powinno uruchomić mechanizmy zachęcające inwestorów do podjęcia stosownych działań. Ostatnio jesteśmy bardziej papiescy od papieża, gdyż dystansujemy się od hasła „pomoc publiczna”. Pewnych funkcji z państwa nikt nie zdejmie.

Unia Europejska wyraźnie segmentuje pomoc publiczną na zakłócającą warunki konkurencji (np. preferencje dla określonych producentów), która nie jest dozwolona i dozwoloną, gdy Komisja Europejska i Dyrekcja Generalna ds. Konkurencji ocenią, że realizacja jakiegoś zamierzenia, rozwiązanie problemu społeczno-gospodarczego bez udziału państwa nie jest możliwe. Być może taka sytuacja się zdarzy, gdy brak inwestycji w źródła wytwarzania będzie wymagał uruchomienia publicznej pomocy ze strony państwa. Ale… zanim to nastąpi konieczne będzie sprawdzenie czy wyczerpano wszystkie możliwości. Może się okazać, że zamiast budować nową elektrownię wystarczy sprowadzać prąd z Niemiec, Czech czy Litwy.

- Czyli możliwa jest sytuacja, że zagraniczny koncern, właściciel elektrowni, stwierdzi, że nie opłaca mu się jej modernizacja, bo korzystniej będzie importować prąd z innych jego elektrowni?

- Oczywiście. Nie zamierzamy chyba wracać do autarkii. Musimy wpasować się w system europejski i kupować tam, gdzie jest taniej. Jest problem tzw. autonomii narodowościowej - znaku, symbolu narodowego itp. Gdybym miał możliwość kupić taniej energię, to dlaczego - tylko ze względów patriotycznych - mam dopłacać do nieefektywnych przedsiębiorstw, ponosić koszty przerostu zatrudnienia itd.

Z jednej strony chcemy czerpać korzyści z członkostwa w Unii Europejskiej, ale przecież to jest duży, wspólny rynek, na którym rację bytu ma ten, kto produkuje taniej, lepiej, efektywniej, a nie pod szyldem w określonych barwach narodowych. Nie latamy tylko samolotami LOT-u. Przy wyborze przewoźnika uwzględniamy cenę biletu, rozkład lotów, jakość cateringu itp.

- Jak Pan ocenia dotychczasowy stopień liberalizacji rynku energii w Polsce?

- Mam dość krytyczny pogląd na tempo liberalizacji, a właściwie na jej spowalnianie. W 1998 r. mieliśmy lepszy harmonogram wprowadzania zasady TPA niż większość krajów UE, ale teoria nie przełożyła się na praktykę.

Liberalizacja została zahamowana przez energetyków i ich sojuszników, którzy wstrzymywali prywatyzację. Dla mnie jej ukoronowaniem jest prywatna gospodarka. Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku dość szybko wyodrębniono podmioty sektora i je skomercjalizowano, ale zabrakło konsekwencji w ich prywatyzacji. Obecnie, w wyniku koncentracji pionowej, powstają nasze, polskie holdingi. Ich tworzenie odsuwa w czasie prywatyzację, a tym samym spowalnia konkurencję i spadek cen.

Niektórzy się cieszą, że państwo jest właścicielem dużych przedsiębiorstw, z czego odbiorca nie ma wiele korzyści. Liberalizacja energetyki wymusi na niej większe podporządkowanie potrzebom gospodarki i społeczeństwa (odbiorców indywidualnych). Uważam, że polska energetyka od połowy lat 90-tych walczy o powrót do dawnych czasów, gdy była w stanie wszystkim (rządom, przedsiębiorcom, odbiorcom) narzucić swoje warunki.

- Dziękuję za rozmowę.

A A+ A++
Drukuj PDF Powiadom
07.04.2005
Tagi: