Up
 
 

W tym roku energia nie powinna zdrożeć

wywiad z dr Mariuszem Sworą, Prezesem Urzędu Regulacji Energetyki
Parkiet, 02.06.2008 r.

Ceny prądu w tym roku nie wzrosną?

Z Mariuszem Sworą, prezesem Urzędu Regulacji Energetyki, o ryzyku dla klientów płynącym z konsolidacji branży i planów prywatyzacji operatorów sieci dystrybucyjnych rozmawia Justyna Piszczatowska

W rozmowie z „Parkietem" prezes Urzędu Regulacji Energetyki mówi, że prawdopodobnie w tym roku nie będzie już podwyżek cen prądu dla gospodarstw domowych. - Naszym zdaniem jest tak, że ceny zakupu uprawnień zostały już zdyskontowane w stawkach, które funkcjonują na rynku - wyjaśnia.

Założeniem Mariusza Swory jest, aby od stycznia przyszłego roku URE całkowicie przestało zatwierdzać taryfy na energię elektryczną. Oznacza to, że urząd będzie potrzebował większych kompetencji, które pozwolą mu zwalczać ewentualne praktyki sprzeczne z zasadami konkurencji. Według prezesa URE, regulator powinien mieć większą niezależność niż obecnie. Wzorcowe regulacje w tej dziedzinie, jego zdaniem, dotyczą NBP.

Niedawno mówił Pan, że trzeba wzmocnić uprawnienia URE. Co takiego dzieje się na rynku energetycznym, że dochodzi Pan do tego wniosku?

Uprawnienia przypisane Urzędowi Regulacji Energetyki są obecnie nieadekwatne w stosunku do stanu rozwoju rynku. Stąd projekt zmiany tych uprawnień. Jeżeli chcemy odejść od regulowania cen w zasadniczych segmentach rynku (chodzi o tzw. grupę G, czyli gospodarstwa domowe - red.), to musimy pomyśleć o zmianie zakresu kompetencji prezesa URE. Wyobrażam to sobie w taki sposób, że od i stycznia 2009, na kiedy zapowiedzieliśmy odejście od regulowania cen we wszystkich grupach taryfowych, prezes będzie pełnił funkcję nadzoru, monitorował rynek, czyli pełnił podobne funkcje do tych obecnie przypisanych Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Alternatywą jest tutaj ścisła współpraca pomiędzy URE a UOKiK. Dla dobra konsumentów, ostatecznych beneficjentów procesów konkurencyjnych, państwo powinno być silne siłą prokonkurencyjnych regulatorów oraz organu ochrony konkurencji.

Co dzieje się w tej kwestii obecnie?

Prowadzone są prace w zespole, któremu przewodniczę. Przedstawiliśmy Ministerstwu Gospodarki swoją koncepcję wzmocnienia regulatora, zakładającą kadencyjność, niezależność personalną i finansową. Regulator powinien być niezależny zarówno od przedsiębiorców, jak i od polityków.

Ale żeby zyskać niezależność od polityki, trzeba najpierw zdobyć zgodę samych polityków.

Rzeczywiście, to oni muszą przyjąć zmiany w ustawie. Jeżeli chodzi o niezależność, to pewnym wzorcem jest regulacja Narodowego Banku Polskiego. Do tego standardu chcielibyśmy dążyć, wprowadzając zmiany w prawie energetycznym. Silny i niezależny regulator, dbający o interesy odbiorców końcowych i rozwój konkurencji, jest temu rynkowi potrzebny. Zwracam również uwagę na kwestię praktycznego ograniczenia niezależności regulatora poprzez obniżanie budżetu przy rosnącym wolumenie zadań wynikających z przepisów prawa. Po 1 stycznia 2009, w związku ze zmianą funkcji urzędu, konieczne będzie zatrudnienie specjalistów w zakresie ochrony konkurencji. Już w tej chwili odczuwamy brak kadry inżynierskiej. Regulacja rynków wartych kilkaset miliardów złotych wymaga środków organizacyjnych i finansowych, które zapewnią efektywność realizacji zadań. Tymczasem nasz obecny budżet jest porównywalny z budżetem rumuńskiego regulatora, który jednak realizuje znacznie mniej zadań. Jest trzy razy mniejszy od budżetu UKE. A zadań przybywa...

To prawda, że sprawy łatwe skończyły się w administracji, a do trudnych trzeba dobrze opłacanych specjalistów. Regulacja, aby nie stała się urzędniczą mitręgą, czy też pozorem, wymaga wiedzy specjalistycznej, a ta kosztuje. „Tanie państwo" do regulacji nie pasuje, tutaj państwo powinno być przede wszystkim efektywne.

Wracając jeszcze do polityków, to oni nie lubią z natury ponosić ryzyka i ewentualnej odpowiedzialności w sektorach regulowanych, takich jak energetyka. Może więc nie będą mieli oporów przed formalnym uniezależnieniem regulatora?

Czy mam rozumieć, że wzmocnienie uprawnień URE zbiegnie się w czasie z całkowitym uwolnieniem cen energii, zaplanowanym na 1 stycznia 2009 roku?

To nie jest pytanie do mnie. W URE robimy wszystko, aby dać odpowiedni materiał do jak najszybszego wprowadzenia koniecznych zmian.

Czy jest projekt ustawy?

Z tego, co wiem, w Ministerstwie Gospodarki jest już gotowy projekt nowelizacji prawa energetycznego związany z implementacją unijnej dyrektywy o bezpieczeństwie dostaw. Na początku roku zgłosiliśmy szereg uwag i projektów zmian w przepisach mających zapewnić bezpieczeństwo dostaw, ochronę odbiorców końcowych oraz większą płynność i transparentność rynku. Mam nadzieję, że większość z naszych propozycji zostanie uwzględniona przez polityków, przez ministra gospodarki.

Rozmawiał Pan z nim o tym?

Tak, i widzę przychylność, jeżeli chodzi przynajmniej o część naszych propozycji.

Czy uważa Pan, że procesy prywatyzacyjne zaproponowane przez resort skarbu mogą wzmocnić konkurencję w energetyce?

Nie. Mam krytyczny stosunek do prywatyzacji przedsiębiorstw energetycznych skonsolidowanych w   obecnym kształcie.

Dlaczego?

Głównie dlatego, że w ramach niej sprywatyzowani mają zostać również Operatorzy Systemów Dystrybucyjnych. A kwestia niezależności OSD jest kluczem do generowania konkurencyjności na rynku. Już w tej chwili widać, że są problemy z niezależnością OSD. Uważam, że wydzielenie operatorów i ich powrót do Skarbu Państwa pomogłoby poprawić sytuację. OSD powinny realizować misję publiczną w postaci rozwoju sieci, zapewniania bezpieczeństwa dostaw. Obawiam się, że po prywatyzacji to może być tak, że np. sprawy dbania o infrastrukturę czy dostępu do sieci zostaną podporządkowane partykularnym interesom grupy kapitałowej.

Ale na wydzielenie OSD jest już za późno...

Powiem to tak: pociąg z napisem „konsolidacja" zmierza do zderzenia czołowego z pociągiem z napisem „konkurencja i konsumenci". Może znajdzie się jednak ktoś odważny, kto przestawi zwrotnicę? Moim zdaniem jest jeszcze czas, aby się zastanowić, czy ważniejsze jest dobro grup energetycznych, czy raczej ostatecznego odbiorcy. Dlatego oficjalnie zgłaszałem krytyczną opinię w tej sprawie.

Proszę powiedzieć, skąd bierze się taka sytuacja w tej branży, że spółki sektora osiągają zyski sięgające setek milionów złotych, a jednocześnie mówią, że ceny energii elektrycznej są za niskie i to ogranicza ich możliwości inwestowania. Czy według Pana chodzi w tej sytuacji wyłącznie o poziom cen?

Zwracam uwagę na dwie kwestie: po pierwsze branża elektroenergetyczna, jako jedna z niewielu, nie jest jeszcze dostatecznie zrestrukturyzowana W związku z tym istnieje poważny margines nieefektywności związany choćby z tym, że spore pieniądze idą na związki zawodowe oraz na cele niezwiązane z inwestycjami w nowe moce.

Z drugiej strony jest tak, że decyzje dotyczące inwestycji wymagają pewnej odwagi od zarządów, a jakiejś szczególnej odwagi (z pewnymi wyjątkami), jeżeli chodzi o planowanie inwestycji i ich realizację, tutaj nie widzę. Problem jest jednak głębszy. Brak inwestycji wydaje się również efektem strategii budowania wartości grup poprzez wykazywanie jak najwyższych wyników finansowych, kosztem wydatków na remonty i modernizacje. Jeżeli uznajemy, że państwo powinno być w jakiś sposób obecne w energetyce, a więc w sferze usług użyteczności publicznej, to jasno powinna być zdefiniowana misja publiczna, konkretyzowana przez zasady rozliczania zarządów oraz budowanie ładu korporacyjnego. Podstawowymi pytaniami, na które powinni odpowiadać prezesi zarządów ministrowi skarbu, powinny być pytania takie jak: „jak duży rynek pozyskałeś?" oraz „ile nowych mocy wybudowałeś i czy zmodernizowałeś istniejące?". Ten zakres obecności państwa w chwili obecnej jest zresztą zbyt szeroki i powinien być docelowo ograniczony tylko do infrastruktury.

Poważnym problemem podnoszonym przez branżę jest też brak stabilnej polityki energetycznej, która jest istotną wskazówką przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Martwi to, że zapowiadana na czerwiec nowa odsłona polityki energetycznej nie zostanie najprawdopodobniej przyjęta w tym roku.

Są jednak i pozytywne sygnały. Zgłaszany niedobór mocy w Polsce może w końcu ściągnąć inwestorów zagranicznych, którzy sami lub wspólnie z krajowymi grupami energetycznymi będą budować elektrownie. Tacy inwestorzy już przychodzą do URE z pytaniami o politykę regulacyjną i przyszłą politykę energetyczną.

Sytuację tę można scharakteryzować, odwołując się do Marie von Ebner-Eschenbach, która pisała, iż czekać uczymy się zwykle wtedy, kiedy już nie ma na co czekać. W energetyce jesteśmy dawno po etapie, w którym już nie ma na co czekać. Teraz powinien nadejść czas szybkich i odważnych decyzji.

Co musi zatem zacząć się dziać, aby inwestycje ruszyły?

Chciałbym zwrócić uwagę na długość cyklu inwestycyjnego w energetyce. Na budowę nowych mocy wytwórczych potrzeba co najmniej czterech-pięciu lat. Brak jest w tej chwili sygnałów rynkowych płynących np. z hurtowego rynku energii elektrycznej. Jesteśmy obecnie w trakcie jego przebudowy.

Oczywiście istnieje też druga możliwość, zgodnie z którą minister gospodarki stwierdza trwały niedobór mocy i zwraca się do URE o rozpisanie przetargów na budowę nowych mocy. Opracowanie zachęt finansowych dla potencjalnych inwestorów wymagałoby wtedy uzgodnień z ministrem finansów. Poza tym potrzebna jest notyfikacja Komisji Europejskiej. Przetarg tego typu byłby jednak rozwiązaniem doraźnym. W wymiarze długookresowym o inwestycjach powinien decydować rynek.

Czy w tym roku odbędzie się taki przetarg?

Impuls w tej sprawie zależy w pierwszej kolejności od decyzji ministra gospodarki.

Coraz częściej mówi się o tym, że w lecie możemy mieć poważne problemy z zasilaniem. Czy Pan zgadza się z takimi opiniami?

Niestety tak. Jeżeli stanie się tak, że przez kilka dni będziemy mieli temperatury powyżej trzydziestu stopni, mogą np. wystąpić realne problemy z chłodzeniem elektrowni. To jedna z potencjalnych przyczyn tego, że mogą nastąpić przerwy.

A jak można temu przeciwdziałać? Czy Pan, jako prezes URE, jeżeli nadejdą upały, będzie np. publikował komunikaty zachęcające do mniejszego używania klimatyzacji?

Podstawowym podmiotem, który powinien wykazać czujność w takiej sytuacji, jest operator systemu przesyłowego. Decyzje o wprowadzeniu ograniczeń są w gestii Rady Ministrów, działającej na wniosek ministra gospodarki.

Nadal nie do końca wyjaśniona pozostaje sprawa podziału uprawnień do emisji CO2 na ten rok. Czy konsumenci powinni spodziewać się wzrostu cen prądu jeszcze w 2007 roku?

Nie przewiduję wzrostu cen energii w tym roku. Podział uprawnień do emisji musiałby być wyjątkowo niekorzystny dla elektroenergetyki, na co się jednak nie zanosi. Naszym zdaniem jest tak, że ceny zakupu uprawnień zostały już zdyskontowane w cenach, które funkcjonują na rynku.

Cały czas pojawiają się sygnały o tym, że ceny nośników energii w dłuższej perspektywie będą rosły. Niedawno przedstawił Pan propozycje nazwane Mapą drogową dochodzenia do konkurencyjnego rynku energii. Czy jest ona w stanie zahamować wzrost cen?

Przedstawiliśmy szereg konkretnych propozycji, które, zgodnie z unijnymi wymogami, pozwoliłyby chronić odbiorców, w tym tych najsłabszych. Program ochrony najsłabszych uczestników rynku nie zyskał jak do tej pory zrozumienia wśród innych organów administracji rządowej. Ale nie chodzi tylko o to. Chcemy również uprościć i skrócić zmianę procedury sprzedawcy energii elektrycznej. Mamy nadzieję, że to stworzy na rynku presję ze strony odbiorców. A przez to dostawcy energii elektrycznej będą musieli zwracać baczniejszą uwagę na konkurencyjność cen, które oferują. Odejście od taryfikacji nie oznacza, że państwo zostanie pozbawione możliwości ingerencji w ceny. Stosowanie cen rażąco zawyżonych lub rażąco zbyt niskich jest przecież praktyką antykonkurencyjną, a więc zostaje zawsze możliwość ingerencji z punktu widzenia prawa ochrony konkurencji.

Dziękuję za rozmowę.

A A+ A++
Drukuj PDF Powiadom
03.06.2008
Tagi: