Up
 
 

Nowela prawa energetycznego - mam uczucie niedosytu.

Z dr. Leszkiem Juchniewiczem, prezesem Urzędu Regulacji Energetyki rozmawiała Anna Biedrzycka.
Wywiad przygotowany dla kwartalnika „Puls Energii”, sierpień 2005 r.

- Czy obowiązująca od maja br. nowela Prawa energetycznego spełnia Pańskie oczekiwania?

- Ustawa dotyczy wielu organów państwa, a przede wszystkim przedsiębiorstw energetycznych. Na pytanie, czy poprawiła ona funkcjonowanie regulatora, czy wyposażyła go w skuteczniejsze narzędzia regulacji, odpowiem krótko: nie do końca jestem usatysfakcjonowany. Między innymi dlatego, że nie była to kompleksowa nowelizacja, a jedynie dostosowanie polskiego Prawa energetycznego do dyrektyw 2003/54/WE i 2003/55/WE, czyli nowych dyrektyw unijnych w zakresie energii elektrycznej i gazu ziemnego. I tylko w takim zakresie ta ustawa była nowelizowana, w jakim przenosiła treści obu tych dyrektyw. Natomiast ciągle jeszcze zawiera zaszłości, których mieć nie powinna. Marzyłaby mi się sytuacja, w której Prawo energetyczne jest takie, jak dyrektywy, a więc ma charakter bardziej rynkowy. Tymczasem ustawa obejmuje szereg różnych regulacji nie mających z rynkiem zbyt wiele wspólnego. Dość powiedzieć, że przynosi zapisy pogłębiające zjawisko subsydiowania skrośnego. Przepis art. 45a, który pozwala rozliczyć koszty finansowe wynikające z kontraktów długoterminowych w opłatach przesyłowych, jest przepisem ze wszech miar arynkowym. Inny przykład to komisje kwalifikacyjne i związany z ich powołaniem obowiązek odnowy co 5 lat uprawnień do obsługi urządzeń energetycznych. Taki zapis powinien się znaleźć albo w ustawie o dozorze technicznym, albo w przepisach o bezpieczeństwie i higienie pracy, ale na pewno nie w ustawie, która ma tworzyć zręby rynku, czyli budować stosunki konkurencyjne w szeroko rozumianej energetyce.

- Zmieniły się też przepisy dotyczące zadań i kompetencji Prezesa URE. Mówiąc półżartem, ma Pan teraz większą władzę...

- Jestem zwolennikiem większego liberalizmu i uważam, że w ustawie powinny być określone rozwiązania systemowe, które będą realizowane przez wszystkich uczestników rynku, nie zaś wzmacniana władza regulatora. Osobiście takich inklinacji nie mam. Jednorazowymi decyzjami administracyjnymi, adresowanymi do danego przedsiębiorstwa, nie da się zbudować rynku. Rozwiązania związane z rynkiem muszą mieć charakter systemowy, bo nie wszyscy chcą na rynku konkurencyjnym funkcjonować. A trudno kogoś zmuszać do tego, żeby działał na rynku konkurencyjnym, skoro wymaga to ponoszenia określonych konsekwencji. Dlatego przymus decyzji administracyjnej jest narzędziem mało skutecznym w procesie budowania rynku.

- Czy znajduje Pan w tej ustawie nowe, godne pochwały elementy? Np. regulacje dotyczące handlu zieloną energią?

Zapisy na temat zielonej energii i przygotowujące rynek do handlu świadectwami pochodzenia energii, to dopiero pierwszy krok. Krok w dobrym kierunku, aczkolwiek można dyskutować o szczegółach. Na pewno został uproszczony system wydawania świadectw, jako swoistych zaświadczeń, ale system co do istoty zasadniczo się nie zmienił.

Pozytywne jest to, co wiąże się z powołaniem operatorów systemów przesyłowych w gazownictwie i w elektroenergetyce. Poza tym specjalnych rewelacji w tej ustawie nie dostrzegam. Mam raczej uczucie niedosytu, związanego chociażby z art. 14, określającym politykę energetyczną, który został niewłaściwie znowelizowany. Uważam, że istnieje tyle różnych programów dotyczących kierunków restrukturyzacji przekształceń własnościowych sektora paliwowo-energetycznego, że nie ma sensu obciążać polityki energetycznej takimi zagadnieniami.

- Główną bolączką polskiego prawa jest niejednoznaczność przepisów i wynikająca z tego możliwość różnego ich interpretowania. Czy nowelizacja ustawy Prawo energetyczne przyniesie poprawę w tym względzie?

- Prawnicy twierdzą, że nawet najprostszy przepis wymaga interpretacji, a zatem interpretowanie przepisów jest czymś w pełni uprawnionym. Czy przepisy są niejednoznaczne? Jedne bardziej, drugie mniej, ale trzeba wczytywać się w intencje ustawodawcy. Może nie zawsze wyartykułował on precyzyjnie swoje intencje. W państwie prawa każdy organ i każdy obywatel ma prawo interpretować przepisy według własnej wiedzy, na własne potrzeby, ale też i na własne ryzyko. A o ostatecznym, właściwym kierunku interpretacji przesądzają sądy. Wymiar sprawiedliwości, z Sądem Najwyższym na czele określa, jaka wykładnia przepisów jest właściwa, a jaka nie.

- Wcześniej jednak pojawiają się różne, niekoniecznie właściwe interpretacje...

- Strona, która niewłaściwie interpretuje przepisy, powinna ponosić tego konsekwencje. Jeśli do tej pory błędnie je interpretowała i przegrywała w sądzie antymonopolowym, to musi pójść po rozum do głowy i zastanowić się, kto ma rację. Oczywiście, może też wybrać drogę odwoływania się do sądów wyższych instancji.

- Skutki niejednoznaczności zapisów Prawa energetycznego i rozporządzeń wykonawczych do tej ustawy bywają poważne, czego przykładem jest chociażby trwający przez lata proceder wielokrotnego obrotu tą samą energią pochodzącą ze źródeł odnawialnych.

- Istotnie był spór, czy zielona energia ma pochodzić bezpośrednio ze źródła czy też może być przedmiotem obrotu wtórnego. Takich wątpliwości nie miałem ani ja, ani moi współpracownicy. Staliśmy na stanowisku, że ta energia ma pochodzić ze źródła, wtórny obrót byłby nieuprawniony. Wszystkie jak do tej pory wyroki sądu antymonopolowego potwierdzają poprawność tej interpretacji. Kluczem było właściwe odczytanie intencji ustawodawcy. Bo po co wprowadził taki zapis? Otóż po to, aby zwiększyć podaż energii ze źródeł odnawialnych. Kupując zieloną energię przez łańcuch pośredników nie pomaga się przecież wytwórcom tejże energii, nie przedkłada się to na jej wytwarzanie, a w związku z tym nie o taką interpretację tego przepisu chodziło.

- A czy prawo nie powinno być prostsze? Bez zawiłych sformułowań może łatwiej byłoby o eliminację rozmaitych nadużyć.

- Zwykle jest tak, że prawo pozostaje w tyle za nadużyciami. Ci, którzy działają - obrazowo mówiąc - na skróty, wyprzedzają ustawodawcę i musi on dostosowywać normy prawne do stanu faktycznego, często do różnego rodzaju „przekrętów”. Stąd normy te są zazwyczaj zaostrzane. Uważam, że stosunki prawne tak się komplikują, coraz więcej obszarów ludzkiej działalności jest regulowanych w sposób systemowy poprzez akty o randze ustaw bądź rozporządzeń, których jest tak dużo, że normalny człowiek i tak tego już nie ogarnia. Więc to bez znaczenia, czy są przystępnie zapisane, czy nie. Większość osób i tak ich nie przeczyta.

- Twierdzi Pan, że Prawo energetyczne nie musi być stabilne. To dość zaskakująca opinia, zważywszy iż zwykle ta cecha prawa postrzegana jest jako jego wada.

- Życie niesie nowe wydarzenia i nowe sytuacje, a prawo musi to uwzględnić. Jestem zdania, że dobre prawo powinno antycypować to, co się zdarzyć powinno, to, co zdarzyć się może, choć z reguły tak nie jest. Więc wolałbym, żeby prawo po prostu nadążało za rozwiązaniami, które niesie życie gospodarcze. W tym sensie uważam, że prawo nie może być stabilne. Gdy przedsiębiorcy domagają się stabilnego prawa, to odczytuję to w ten sposób, że chcieliby, żeby nic się nie zmieniało. Ale przecież te zmiany z czegoś wynikają, czymś są podyktowane. Nawet konstytucje się zmieniają, więc dlaczego nie miałyby się zmieniać ustawy albo rozporządzenia. Liczy się zasadność tych zmian. Trudno byłoby postulować niezmienność prawa, jeżeli by ono zupełnie nie przystawało do tego, co dzieje się zarówno w świecie, jak i w polskiej gospodarce.

- Nowe Prawo energetyczne nałożyło na operatorów obowiązek opracowania instrukcji ruchu i eksploatacji elektroenergetycznych sieci przesyłowych i dystrybucyjnych (art. 9 g). Ta część instrukcji obu instrukcji, która dotyczy bilansowania systemu i zarządzania ograniczeniami systemowymi, jest przedkładana Prezesowi URE do zatwierdzenia. Czy dzięki nowym instrukcjom w odniesieniu do spółek dystrybucyjnych znikną wreszcie wskazywane od lat bariery hamujące rozwój rynku, jak np. wygórowane wymagania w zakresie systemów rozliczeniowo-pomiarowych?

- W tym celu otrzymałem uprawnienia do zatwierdzania części instrukcji ruchu i eksploatacji sieci przesyłowych, by kształtować je w taki sposób, aby ta infrastruktura rynku była dostępna i nie tworzyła bariery w funkcjonowaniu rynku. Do tej pory te instrukcje ruchu sieciowego stanowiły dość istotne narzędzie oddziaływania operatora na pozostałych uczestników rynku, i to w sytuacji, gdy ten operator sam był stroną zainteresowaną w prowadzeniu działalności związanej z obrotem energią. Teraz chodzi o to, by po pierwsze operator takiej działalności nie prowadził, i to rozwiązuje ustawa nakazując wyodrębnienie operatorów, i po drugie, aby operator w pełni był postrzegany przez wszystkich uczestników rynku jako element infrastruktury dostępnej na określonych zasadach dla wszystkich, a nie generującej trudności w liberalizacji rynku. Wymagania dotyczące układów pomiarowych stawianych przez operatorów, zwłaszcza sieci dystrybucyjnych, są niczym nie podyktowane. Bo przecież wszystko było dobrze, dopóki odbiorca pozostawał klientem dystrybutora i kupował od niego nie tylko usługę przesyłową, ale także energię elektryczną. Kiedy chce odejść, to nagle okazuje się, że urządzenia pomiarowe są niewystarczające, za mało dokładne. A przedtem były? Więc nie można tego odbierać inaczej, jak tylko w ten sposób, że jest to utrudnianie zmiany dostawcy. I tego typu działania powinny być piętnowane.

- Czy będzie Pan nakłaniał dystrybutorów do wprowadzenia profilów obciążeń?

- Leży to w moich kompetencjach. Trzeba jednak liczyć się z tym, że nie będzie to proces szybki. Obawiam się, że nie jesteśmy przygotowani do identyfikacji różnorodności profili obciążeń. Te profile obciążeń to nic innego jak rozbudowany substytut dla grup taryfowych. Dziś mamy zaledwie cztery grupy taryfowe, wprawdzie z wydzielonymi podgrupami, ale są to właściwie cztery zasadnicze kryteria podziału klientów. Profile odbioru mają natomiast segmentować klientów na znacznie szerszą grupę odbiorców, indywidualizować ich potrzeby. W branży telekomunikacyjnej każdy może kształtować swój własny plan taryfowy: jeden rozmawia w niedziele, drugi chce prowadzić konwersacje tylko z kilkoma wybranymi osobami itd. Ale w telekomunikacji każdy klient jest zidentyfikowany, bo wiadomo kiedy rozmawia, z kim i jak długo. Natomiast w elektroenergetyce nie zawsze wiadomo, a w odniesieniu do grupy G wręcz nigdy nie wiadomo, kiedy klient korzysta z energii. Jest rozliczany z dostaw sumarycznie, a nie w poszczególnych godzinach czy minutach doby. Może się więc okazać, że oczekiwania związane z liberalizacją rynku to jedno, a brak odpowiedniego technicznego uzbrojenia – to drugie. By zmierzyć pobór energii elektrycznej w każdej minucie doby, trzeba zainstalować nowe liczniki. I to w ogromnej liczbie 14 milionów, jako że tylu mamy odbiorców w grupie G. A zatem czy kształtowanie takiej czy innej instrukcji ruchu i eksploatacji sieci dystrybucyjnej pomoże w tym zakresie? Niewiele. Bariery w procesie liberalizacji rynku tkwią bowiem w czymś innym.

- Dziękuję za rozmowę.

A A+ A++
Drukuj PDF Powiadom
14.09.2005
Tagi: