Up
 
 

O konsolidacji pionowej w elektroenergetyce – obiektywnie. Bez konfabulacji i gwoli prawdy.

Tytuł mojej wypowiedzi nie jest przypadkowy. Z założenia ma oddać nie tylko to, co w treści poniżej, ale także, a może przede wszystkim, być syntetyczną reakcją i oceną tego, co głoszą zwolennicy pionowej konsolidacji. Mnożą się różne wypowiedzi na ten temat, półprawdy przeplatają się z prawdami, jedne argumenty eksponuje się usilnie, inne, te niewygodne, pomija się skwapliwym milczeniem. W sposób zamierzony i wręcz niemal cyniczny, a z pewnością ahistoryczny, dokonuje się przeróżnych pseudoodkryć, jak chociażby te „jak to robią inni”. Wszystko po to, by zyskać poparcie, by dowieść konieczności realizacji „jedynie słusznej koncepcji”, by w końcu, w kategoriach sprawowania władzy – postawić na swoim i w konsekwencji być beneficjentem zaproponowanych przez siebie zmian.

Jak to z elektroenergetyką naprawdę było – wydawało się, iż jest to już powszechnie znane. Aktualne wypowiedzi dowodzą, iż jednak nie. Nie pozostaje nic innego, jak kolejny raz powrócić do przeszłości. Robię to z pewnym zażenowaniem, bowiem w moich i moich współpracowników publikacjach czynione to już było wielokrotnie. Ale cóż, może nie wszyscy zadali sobie trud przeczytania...

Od początku swojego istnienia (a było to już ze 130 lat temu) elektroenergetyka rozwijała się w pewien specyficzny sposób. Jako działalność komercyjna (nastawiona na zysk i adresowana do tych, których było stać na skorzystanie z tej epokowej innowacji) i zorganizowana w ramach pionowo zintegrowanych przedsiębiorstw, jedynych dostarczycieli energii elektrycznej. O tym drugim aspekcie zadecydowała techniczna specyfika dostaw. Rozwijano sieci w ramach jednego przedsiębiorstwa, świadomie rezygnując z konkurencji. Wydawało się, że ma to w pełni obiektywny charakter i tak po prostu być musi. Skoro tak – to taka prawidłowość ma naturalny charakter. I stąd stosowane przez wiele lat w odniesieniu do elektroenergetyki określenie „monopol naturalny”. Z czasem uległ nieco osłabieniu (zwłaszcza w krajach tzw. Bloku Wschodniego, choć nie tylko) komercyjny charakter działalności energetycznej. Stało się tak za sprawą cywilizacyjnego znaczenia energii elektrycznej. Należało dostarczyć ją każdemu – wszystkim mieszkańcom, podatnikom i wyborcom. Dostawy energii elektrycznej stały się więc dobrem publicznym, poddanym nadzorowi publicznemu, głównie zaś poprzez bezpośrednie zaangażowanie się państw w energetykę. W tej swoistej symbiozie elektroenergetyka pozostawała długie lata. Dopiero okres tzw. szoku naftowego z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, uświadomił ludzkości mankamenty takiego rozwiązania. Zrozumiano wówczas, iż pionowo zintegrowane struktury szeroko rozumianej energetyki (a więc nie tylko elektroenergetyki) stały się niemal powszechnym źródłem nieefektywności (wszak z nikim i nigdzie nie musiały konkurować), co doprowadzało do nieskrępowanego i stałego wzrostu cen energii. W konsekwencji odczuwano to jako istotny hamulec rozwoju. Świat zaczął obawiać się o swoją przyszłość (choć oczywiście nie brakowało też i innych powodów, z racji których ta przyszłość nie jawiła się w zbyt różowym kolorze). Nadszedł czas na zmiany.

To przekonanie zrodziło nową doktrynę polityki gospodarczej polegającej, najogólniej rzecz ujmując, na wymuszeniu na energetyce respektowania mechanizmów rynkowych, wszędzie tam, gdzie mechanizmy konkurencji mogą zaistnieć – w wytwarzaniu i obrocie (czyli w dostawie energii w sensie handlowym). Natomiast tam, gdzie nadal pozostaje wyłączność na dostawę energii w sensie technicznym (czyli w przesyle lub/i dystrybucji), monopol ma być administracyjnie nadzorowany przez specjalny organ państwa. Dodatkowo ma go osłabić zasada TPA (third party access), umożliwiająca zainteresowanym i jednocześnie uprawnionym odbiorcom lub handlowym dostawcom prawo do korzystania z cudzej własności (tj. sieci przesyłowych/dystrybucyjnych), według reguł ściśle przez prawo ustalonych. Ta doktryna, choć wielu się to nie podoba, utożsamiana z hasłami liberalizacji i regulacji energetyki, w wymiarze światowym stała się procesem niemal powszechnym, choć nadal silnie zróżnicowanym. Jej celem zaś jest poprawa efektywności ekonomicznej funkcjonowania energetyki, przy wyhamowaniu tempa wzrostu cen i jednocześnie rosnącym poziomie bezpieczeństwa energetycznego.

Wszystko logiczne i transparentne. Niby tak, ale mimo tego, że oczywiste, stworzyło jednak pole do nieuprawnionych spekulacji i nadużyć. Także do mijania się z prawdą. Nie ma w tej doktrynie mowy o prywatyzacji. Jest to zawsze przedmiotem autonomicznych decyzji uprawnionych organów państwa. Może dojść do prywatyzacji, bo zróżnicowana własność lepiej sprzyja konkurencji, ale nie musi. Czyżby ktoś próbował tu szerzyć fobie i straszyć nas prywatyzacją? Niewykluczone. Organy regulacyjne są przede wszystkim do nadzorowania obszarów energetyki nie poddanych mechanizmom konkurencji. Nie zaś dlatego, że energia jest jakimś innym towarem. Oczywiście, ma pewną odmienność, ale jako dobro publiczne a nie jako towar. Nie ulega wątpliwości, że może i powinna być poddana rynkowemu prawu popytu i podaży, o ile rzecz jasna spełnione są zasadnicze przesłanki rynku konkurencyjnego, a infrastruktura techniczna nie stwarza ograniczeń w wytwarzaniu i przepływach energii. Nie wchodząc nadmiernie w szczegóły, idzie o to, by na rynku funkcjonowało wiele różnych konkurencyjnych podmiotów dysponujących tym samym towarem, o zbliżonej sile ekonomicznej, zabiegających o klienta, poddanych tym samym wymaganiom i regułom funkcjonowania. Taki stan rzeczy zwykło się określać pożądaną strukturą organizacyjną rynku i zasadami jego funkcjonowania. Najważniejsze jest jednak to, by najistotniejsze kryterium rynku konkurencyjnego, jakim jest cena danego towaru, kształtowało się jako wypadkowa autonomicznych decyzji odbiorców, a nie np. efekt wcześniejszych i to wieloletnich ustaleń samych energetyków, czynionych na konto tychże odbiorców, ale bez ich wiedzy i zgody.

Truizmem jest zapewne przypominanie rzeczy tak oczywistych, ale to przypomnienie ma swoje głębokie uzasadnienie. Wróćmy pamięcią do początku 2002 r. Mają wówczas miejsce prace, w efekcie, których powstaje dokument rządowy pt. „Ocena realizacji i korekta założeń polityki energetycznej Polski do 2020 r.”. Z formalnego punktu widzenia – ustawowa kontynuacja, z drugiej strony zaś – swoisty przełom. Po raz pierwszy poddano pod wątpliwość prognozy energetyków, które w przeszłości wielokrotnie stanowiły alibi dla woluntaryzmu inwestycyjnego energetyków. Po raz pierwszy, tak wyraźnego, deklaratywnego upodmiotowienia doczekał się odbiorca (abstrahuję tu nieco od tych idei, na kanwie, których zrodziło się Prawo energetyczne). To on właśnie ma być beneficjentem reform sektora. To w imię jego interesów obiecuje się podporządkowanie sektora energetycznego potrzebom gospodarki i gospodarstw domowych. Nie odwrotnie, tak jak było do tej pory! W ślad za tym, jesienią 2002 r. powstają zaktualizowane, komplementarne dokumenty. Pierwszy z nich dotyczy koncepcji urynkowienia sektora1), drugi – podporządkowanych temu celowi restrukturyzacyjnych działań właścicielskich w obrębie własności państwowej2). Wizja jest realizacyjnie trudna, ale wszystko współgra ze sobą konceptualnie, więc warto potrudzić się na rzecz urzeczywistnienia tej wizji. Personalnym perturbacjom w resorcie skarbu „zawdzięczać” trzeba opóźnienia w przyjęciu tych dokumentów. Ale wbrew oczekiwaniom, nie rozpoczął się wyścig z czasem..., tylko wyścig o zdyskredytowanie tego programu! Można wytłumaczyć to następująco: sektor nieco zebrał się w sobie i przystąpił do kontrofensywy. Na podorędziu znalazło się wiele różnych racji, z których na szczególną uwagę zasługuje argument zakładający niemożność zagwarantowania rozwoju energetyki przez mechanizmy rynkowe oraz uzasadnienie konieczności utworzenia skonsolidowanego podmiotu o ogólnokrajowym zasięgu pod presją oczekiwań rynku kapitałowego. Nieco wcześniej rozpoczęło się kontestowanie struktur koncernów w dystrybucji, protesty przeciw prywatyzacji poszczególnych źródeł wytwarzania, nieograniczone roszczenia w ustalaniu kwot rekompensat za rozwiązanie KDT, itp., itd. Towarzyszył im swoisty lejtmotyw o nowych potrzebach inwestycyjnych (kolejnych astronomicznych wydatkach proekologicznych w kwocie 10 mld euro), które, co oczywiste, muszą zapłacić odbiorcy. Takie działania nie dziwią, wszak nikt nie lubi być poddany presji konkurencji, zagrażającej jego bytowi. I aby takie zagrożenie wykluczyć – warto głośno i bez skrupułów domagać się zaspokojenia swoich wydumanych roszczeń. Najlepiej – w myśl sprawdzonego hasła – „nam się należy, więc nam dajcie”. Inaczej biada nam wszystkim, bo będziemy skazani na obcą energię, co oznacza utratę... tożsamości narodowej. Co ciekawe, tak twierdzą ci, którzy na co dzień np. jeżdżą samochodami produkowanymi za granicą, tankują do nich paliwo na zagranicznych stacjach, być może zbierając pieczołowicie punkty promocyjne, piją whisky a nie bełty, palą cygara sprowadzone za zagranicy... I jakoś to wszystko nie kłóci się z ich rozumieniem patriotyzmu. Ale jak mamy np. dopuścić obcą energię na nasz rynek – to podejście zmienia się diametralnie. Oczywiście – przerysowuję, ale taka jest właśnie istota sprawy. Idzie o obronę status quo. By zachować formalną kuratelę państwa nad energetyką, a w rzeczywistości by dać jej przyzwolenie na bycie nieefektywną po wsze czasy, by stale móc mieć roszczenia wobec państwa i jego organów.

Rzecz jasna, retoryka jest tu bardziej wysublimowana. Zaczęło się bodajże od fiaska prywatyzacji. No rozumiecie, brak koniunktury, no i inwestorzy mało dają! To co robimy? Coś trzeba. To skonsolidujmy. Mieliśmy co prawda stworzyć zróżnicowaną strukturę organizacyjną rynku energii elektrycznej, ale w tej sytuacji ... Sami rozumiecie. Wiecie?! Tak wielkie reformy jak teraz robimy, wymagają społecznej akceptacji i spokoju społecznego! Co z tego, że wiemy, iż korzyści z koncernu są większe! Ale załoga chce holdingu. To zróbmy tak, bo inaczej nic nie zrobimy. Tak, lepiej coś, niż nic. Wiecie, Unia zmienia swoje dyrektywy?! Będą potrzebne pieniądze na inwestycje proekologiczne! No, tak, to ważne. Ale już raz poszliśmy w instalacje odsiarczania spalin, sfinansowane przez KDT! I kosztowało to ze dwadzieścia parę miliardów złotych! Nie szkodzi. Musimy pamiętać o przyszłych pokoleniach. A to wymaga kolejnych wydatków. Wiecie, gdyby nam dali dystrybucję. To dobry pomysł! Na ich konto moglibyśmy się zadłużyć i sfinansować to, co dla nas niezbędne. Tak, niech nam dadzą! Najpierw akcje a potem się zobaczy. Musimy dbać bowiem o bezpieczeństwo energetyczne kraju! Musimy być też konkurencyjni wobec tych z Zachodu! Zobaczcie! Wszak oni są pionowo zintegrowani! Eureka! Musimy zrobić tak samo, to z pewnością przetrwamy! Nie możemy być gorsi!3)

Tak wyglądała (w lapidarnym skrócie) realizacja rządowego programu działań właścicielskich adresowanych do sektora elektroenergetyki. Jak widać, brakuje tu wyraźnego wskazania uczestników tego procesu. Prawdę powiedziawszy, nie ma takiej potrzeby. Jednym głosem mówią tu zarówno energetycy, jak i niektórzy politycy oraz wtórujący im apolityczni urzędnicy korpusu służby cywilnej. Wystarczyło, że raz i drugi zmienił się minister, pojawili się nowi – jego zastępcy, i stali już jednym głosem i wspólną piersią bronić interesów branży, zamiast interesu publicznego! Pewnie dlatego, że interes tych pierwszych jest jakby nieco bliższy myśleniu wielu osób związanych z energetyką. Co więcej – zasługi na tym polu mogą być szybciej zauważone i godziwiej, niż w wiecznie biednym budżecie, wynagrodzone.

A jak ma się do tego program rządowy? Będzie musiał zostać zmieniony! Skoro nie odpowiada takim oczekiwaniom branży i wspierających ją polityków! Niestety, z pewnym niesmakiem trzeba stwierdzić, że są takie propozycje, ale też na szczęście – pomysłodawcom nieco brakuje inwencji i nie potrafią kompleksowo uzasadnić potrzeby wprowadzenia zmian w przyjętym stosunkowo niedawno programie.

Dla ludzi zajmujących się zawodowo polityką gospodarczą jest sprawą oczywistą, iż programy gospodarcze nie są czymś stałym i danym raz na zawsze. Wręcz odwrotnie. Muszą i powinny się zmieniać. Często za sprawą chociażby samego upływu czasu. Częściej pewnie za sprawą nie tyle zmienności stawianych celów i pozostających do dyspozycji narzędzi realizacyjnych, co zmieniających się uwarunkowań, w których dany program przychodzi urzeczywistniać. Ciekawe, co by było, gdyby postulującym zmiany w omawianym programie przyszło wskazać ich przesłanki, co by wybrali? Upływ czasu? Raczej nie, bo okres 14 miesięcy tak naprawdę jest okresem stosunkowo krótkim i trudno przypisać mu siłę sprawczą do tak fundamentalnych zmian. Czy zatem zmianie uległy cele i priorytety związane z urynkowieniem sektora elektroenergetyki? Także nie. Ten program wymaga pewnej, ale zaledwie, kosmetyki i nie stanowi to uzasadnienia dla zmian w działaniach właścicielskich. Nie zmieniły się także narzędzia pozostające w gestii resortu skarbu. Więc co? Wytłumaczeniem mogą być zatem jedynie zmiany uwarunkowań realizacyjnych. Ma to znaczenie, ale czy na tyle ważkie, by doprowadzać do zmian w programie i to za cenę odstępstwa od jego zasadniczej filozofii? Ależ nic podobnego – zaprotestują w tym momencie zwolennicy modyfikacji programu. Ich zdaniem – nic to rynkowi nie zagrozi i tym samym nie narusza pryncypiów programu wdrażania rynku w elektroenergetyce. Niestety trudno podzielić takie myślenie. Tym, którzy traktują postulowaną integrację pionową jako nic nie znaczący dla urynkowienia manewr, należy się kilka zdań komentarza.

Robię to w otwarty sposób, bowiem nie tylko znany jest mi podstawowy kanon Unii Europejskiej, ale też utożsamiam się z nim w pełni i gotów jestem zawsze go bronić. Idzie o swobodny przepływ idei, ludzi, towarów i kapitału. Co to ma do naszej dyskusji o urynkowieniu sektora? Wbrew pozorom, ma i to sporo. Ten nieskrępowany przepływ jest bowiem nie tylko istotą społeczeństw demokratycznych, ale też podstawą konkurencyjnej gospodarki, zorientowanej na jak najlepsze zaspokojenie potrzeb odbiorców i zapewnienie im tak komfortu swobodnego wyboru, jak i korzyści ekonomicznych z tej konkurencji płynących. A tego zwolennicy integracji pionowej chcą nas ewidentnie pozbawić. W jaki sposób? Ano identycznie, jak to drzewiej już bywało. Poprzez ponowną monopolizację sektora.

Jaka monopolizacja?! – zakrzykną oburzeni zwolennicy tej koncepcji. Wszak zgodnie z zasadami Unii Europejskiej idzie o powiązania kapitałowe. I to tylko takie, jakie są w Unii. Tak, tylko od takich jak postulowane powiązań, droga do monopolu już niedaleka. Z pozoru to wszystko wygląda niewinnie. Najpierw struktura holdingowa, do której Skarb Państwa wniesie akcje tak wytwórców, jak i dystrybutorów. A także być może inne aktywa. Albo wniosą je sami zainteresowani, tworząc w ten sposób wrażenie silnej i zdywersyfikowanej, a więc względnie bezpiecznej struktury. W tym miejscu nieco przewrotne pytanie. Skoro energetycy domagają się zachowania bezpośredniego udziału państwa w sektorze, to dlaczego jednocześnie chcą się spod nadzoru właścicielskiego państwa uwolnić? Idzie o to, by jednocześnie zjeść i nadal mieć ciasteczko! Trochę to przewrotne, ale w sumie dla energetyków bezpieczne. W taki to prosty sposób są nieco odlegli od polityki i polityków, ale jakby co – jest podstawa by zażądać od państwa wszystkiego co niezbędne. Co dzieje się dalej? Nadzorowana przez wspólną „czapkę” spółka dystrybucyjna metodami łagodnej perswazji jest skłaniana do zakupu energii na potrzeby swoich odbiorców taryfowych tylko w „swoich, macierzystych” źródłach wytwarzania. Te mając zapewniony zbyt produkcji nie muszą pracować nad poprawą swojej efektywności i zabiegać o silną pozycję na konkurencyjnym rynku. Nie muszą zabiegać o kupujących energię. Już przecież zostali zakontraktowani i praktycznie o nic nie muszą się już martwić. Z czasem, choć tu prawo Unii może w przyszłości nieco pokrzyżować szyki, wspomniana „czapka nadzorcza” dojdzie do wniosku, że niektóre służby mogą być dla wytwórców wspólne i pewnie lepiej będzie mieć jedno, wielozakładowe przedsiębiorstwo wytwórczo-dystrybucyjne. Dziś można tak zrobić. I nie ma tu znaczenia, iż zgodnie z Prawem energetycznym zostaną zachowane zasady odrębnej ewidencji kosztów poszczególnych rodzajów działalności energetycznej. Obraz przedsiębiorstwa z pewnością zostanie nieco przysłonięty, stanie się niezbyt ostry i niejednoznaczny. Zawsze bowiem przedsiębiorstwo zna lepiej samo siebie, niż jest to w stanie uczynić nawet najlepszy Regulator. Wszak regulacja bazuje tylko na tym, co przedsiębiorstwo samo o sobie ujawni. I nie ma wątpliwości, jak wiele rzeczy potrafi ono zrobić z kosztami! Zatem ten sposób postępowania nie służy, bo nie może, ułatwieniu życia odbiorcy.

A jak ocenić inne postulaty zwolenników integracji pionowej, czy i na ile są one zasadne, i tym samym – warte uwzględnienia? Spróbujmy zidentyfikować ich istotę. Czy jest prawdą, że gospodarka rynkowa nie wykształciła form finansowania nawet bardzo kapitałochłonnych inwestycji, takich jak w podsektorze wytwarzania energii elektrycznej? Nie brzmi to przekonywująco. Mamy, bowiem coraz więcej obszarów poddanych konkurencji. I ogromna rzesza podmiotów funkcjonujących na takich rynkach finansuje się również długiem. Weźmy chociażby przemysł motoryzacyjny, będący synonimem jednego z bardziej konkurencyjnych sektorów, bo każdy z nas może kupić dowolną markę samochodu. Czy banki odmawiają im kredytowania? Nie, ale wypracowały odpowiednie metodyki wyceny ryzyka i konsekwentnie je stosują. Ponadto muszą się liczyć z bankructwem lub co najmniej przejęciem danego producenta przez innych, bardziej efektywnych. Czas zatem najwyższy by skłonić banki do zmiany podejścia do energetyki. Niech zacznie w końcu być oceniana jak każdy inny konkurencyjny segment rynku. Aby tak się stało banki muszą pozostać głuche na pseudoargumenty energetyków, domagających się zapewnienia sobie odbioru energii. W tym miejscu może pojawić się kontrargument, że energetyka, jak mało kto we współczesnym świecie, wymaga wieloletniego kredytowania i długookresowego zwrotu zaangażowanego kapitału. I ten argument jest chybiony, bowiem instytucje finansowe już od dawna operują różnymi instrumentami finansowymi np. eurokredytami i euroobligacjami o dwudziesto- i więcej- letnim okresie zapadalności.

Podobnie można ocenić stwierdzenia, iż nawet prywatni inwestorzy nie są w stanie zapewnić swoim źródłom wytwarzania niezbędnego dla ich rozwoju finansowania, czego najlepszym przykładem w naszej gospodarce jest Elektrim SA – współwłaściciel PAK-u. Tymczasem było inaczej. Finansowanie zostało zaaranżowane, stosowne umowy uroczyście podpisane, a późniejsze wycofanie się kredytodawców było spowodowane nie tyle negatywną oceną efektywności projektu inwestycyjnego, co kłopotami samego inwestora.

Z kolei, czy prawdą jest, że rynek kapitałowy oczekuje pełnej integracji sektora, bo łatwiej byłoby mu finansować jedno ogólnopolskie przedsiębiorstwo? To również wydaje się tezą nieco zwodniczą, bowiem tak naprawdę rynek kapitałowy żyje i rozwija się dzięki różnorodności i mnogości, zarówno uczestników, jak i pośredników, a przede wszystkim transakcji. Ale najlepiej zostawić te sprawy przedstawicielom rynku kapitałowego. Oni po prostu lepiej znają swoje potrzeby i możliwości, niż są w stanie wyobrazić je sobie energetycy.

I chyba już na zakończenie – swoista powtórka z moich opinii o powiązaniach kapitałowych w energetyce. Prezentowałem je już wcześniej, zarówno w swoich bezpośrednich wypowiedziach publicznych, jak i na łamach „Biuletynu URE” oraz w Bibliotece Regulatora. Różnorodne związki kapitałowe w naszej gospodarce, z pewnością, będą coraz liczniejsze i powszechniejsze, chociażby za sprawą wspomnianej unijnej doktryny o swobodzie przepływu kapitałów. I ważne jest tu to, co miałem okazję po raz pierwszy wygłosić na zeszłorocznym, majowym Rynku Energii Elektrycznej w Kazimierzu Dolnym. Twierdziłem wówczas, że nie należy obawiać się kapitałowej integracji pionowej, tzn. połączenia w jednej grupie kapitałowej wytwórcy, dystrybucji, obrotu, itd. Nie wzbraniam się przed konsolidacją pionową, realizowaną, tak jak w przypadku zachodnich firm, przez umiejscowienie poszczególnych obszarów działania (wytwarzania, przesyłu czy dystrybucji) w różnych krajach. Dlaczego polscy wytwórcy nie mieliby kupować sieci np. w Hiszpanii czy Szwecji? Nie mogę natomiast zgodzić się na postulowane, najpierw kapitałowe, a w konsekwencji – przestrzenne zintegrowanie polskiej energetyki, tak by powołać do życia jedną wielozakładową hybrydę. Ucierpi bowiem odbiorca, a to jemu, poprzez rynek działający na jego rzecz, a nie sprzedawcy, należy stworzyć możliwość dysponowania prawem wyboru. I to podtrzymuję. Jednak dla dopełnienia całości obrazu, warto co nieco ten sąd poszerzyć.

Dwie okoliczności wydają się być tu szczególnie istotne. Pierwsza z nich dotyczy charakteru transakcji. Z jednej strony tych realizowanych w gospodarce rynkowej przez fuzje i przejęcia, z drugiej zaś – postulowanych przez polskich energetyków. Wbrew jakimkolwiek pozorom – nie są to transakcje tożsame. Rzecz bowiem w tym, że polscy wytwórcy wcale nie chcą kupować spółek dystrybucyjnych. Oni chcą je po prostu „dostać i wziąć”. Gdyby kupowali, to zapewne nie oponowałbym. Przywiązuję do kupna szczególną rolę. Konieczność zapłacenia określonej ceny działa racjonalizująco. Muszę wiedzieć, po co kupuję. Muszę policzyć, czy mnie na to stać i czy mi się to opłaca. Jak to mądrze oceniono w znanej kabaretowej rozmowie telefonicznej pt. „Sęk”: ile trzeba mieć, żeby ryzykować w razie, że się straci? Utwierdziła mnie w tym przekonaniu argumentacja jednego z czołowych przedstawicieli polskiej energetyki. Zapytany, jakiego wyboru by dokonał, gdyby przyszło mu wydać pieniądze albo na budowę kolejnych dwóch bloków wytwórczych, albo za podobne pieniądze kupić skonsolidowaną grupę spółek dystrybucyjnych, odpowiedział bez dłuższego zastanawiania się: wybrałbym tę pierwszą możliwość. A gdyby dawali? A to co innego. Jakby dawali – to bym wziął!

I okoliczność druga. Dlaczego na pionowo zintegrowane energetyczne koncerny zachodnie nie padają podejrzenia podobnego rodzaju, jak te wspomniane uprzednio? Abstrahujemy, rzecz jasna, od oczywistego faktu przestrzennego zdywersyfikowania struktury takiego koncernu, tj. usytuowania źródeł wytwórczych w jednym, zaś dystrybucji w innym kraju. Chociaż wtedy, gdy weźmiemy w tym samym – zarzut preferowania swojego źródła nie pojawia się. Czyżby tam nie dostrzegali tego, co stanowi oczywiste zagrożenie? Z pewnością dostrzegają. Ale mają pewność, że tego rodzaju niebezpieczeństwo nie zmaterializuje się. Dlaczego? Nie pozwoli na to silne otoczenie rynkowe energetyki. Choć i tam urynkowienie samej energetyki przebiega z podobnymi do polskich problemami, to różnimy się znacznie jakością rynkowego otoczenia. I siłą oddziaływania prorynkowych regulatorów, stale, odwrotnie jak u nas, prawnie umacnianych i właściwie doposażanych. Jeśli sięgnąć pamięcią wstecz, np. do początków reformy energetyki w Anglii, tj. do 1988 r., to warto przytoczyć choćby trzy ważne, wówczas sformułowane przesłanki tego procesu:

  • decyzje dotyczące zaopatrzenia w energię elektryczną powinny być determinowane potrzebami odbiorców,
  • konkurencja jest najlepszą gwarancją interesów odbiorców,
  • odbiorcy winni otrzymać nowe prawa, a nie tylko gwarancje.

Pochodzą one z wystąpienia Sekretarza Stanu ds. Energetyki w Izbie Gmin. Można pozazdrościć. Który z polskich polityków, oprócz Ministra Jacka Piechoty, tak klarownie mówi o pryncypiach reformowania naszej gospodarki energetycznej? Trzeba zazdrościć. Oni, tam w Anglii, te zasady nadal konsekwentnie realizują, nie rozmieniając, tak jak u nas, na drobne i coraz drobniejsze.

Miejmy jednak nadzieję, że obecne meandry polityki gospodarczej w zakresie energetyki mają chwilowy charakter, zaś politycy szybko zrewidują swoje poglądy i znów zaczną skutecznie działać w imię i na rzecz interesu publicznego.

Upływa siedem lat obowiązywania ustawy – Prawo energetyczne, konstytuującej rynkową transformację polskiego sektora energii i zarazem siedem lat żmudnych moich – polskiego Regulatora – zmagań o sprawniejszą ekonomicznie, przyjazną ludziom i środowisku energetykę. Szkoda, że w tych dążeniach jestem właściwie osamotniony. Strony, których interesy staram się równoważyć – odbiorcy i dostawcy energii – albo nie mają świadomości przysługujących im praw, albo ich nie chcą respektować. Lansowanie przez energetyków powrotu do pionowej integracji jest tego przykładem.

Wydaje się, że realizacja tej idei przysporzy jedynie krótkookresowych korzyści. Największe szanse na sukces rynkowy mają te firmy, które najszybciej akceptują zmiany i lepiej przystosowują się do wymagań konkurencji. Nie ważne kto jaki jest, znacznie ważniejsze jest jego zachowanie na rynku. Dlatego jedyną rękojmią wygrania pozycji na otwierającym się, coraz bardziej konkurencyjnym rynku, są usilne działania na rzecz radykalnej poprawy efektywności ekonomicznej, co oczywiście jest o wiele trudniejsze niż podejmowanie restrukturyzacji na koszt odbiorcy.

Prezes
Urzędu Regulacji Energetyki
dr Leszek Juchniewicz
 

Warszawa, 15 kwietnia 2004 r.


1)   Aktualizacja programu wprowadzania konkurencyjnego rynku energii elektrycznej w Polsce, dokument przyjęty przez Radę Ministrów na posiedzeniu w dniu 28 stycznia 2003 r.
2)   Program realizacji polityki właścicielskiej Ministra Skarbu Państwa w odniesieniu do sektora elektroenergetycznego, dokument rządowy przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 28 stycznia 2003 r.
3)

 

Mało kto da wiarę, ale w ostatnich materiałach przygotowanych dla Ministerstwa Skarbu  Państwa (i pewnie przez nie akceptowanych, skoro upowszechnianych) znalazł się między innymi i taki argument: jeśli nie przyłączyć dystrybucji do wytwarzania, to niewątpliwie do Polski napłynie tańsza energia (sic!). Czyli – niech energia będzie droższa, byle polska! Zapewniam jednak wszystkich, że energia barw narodowych nie posiada, bowiem wszystkie elektrony są identyczne.
A A+ A++
Drukuj PDF Powiadom
Data publikacji : 15.04.2004